Kilkanaście lat temu, szczytem radości i spełnieniem marzeń były nowe gry. Główny cel, który przyświecał mi, ale zapewne i niejednemu z Was. Fascynacja każdym demo, wielogodzinne wertowanie growych magazynów, szukanie informacji w sieci, wszystko po to, by zaspokoić swój głód i chęć posiadania danego tytułu. Z pełną odpowiedzialnością mogę nazwać ten okres, jako stan beztroski. Mnóstwo wolnego czasu, na głowie jedynie szkoła i posiłki gotowane przez rodzicielkę, które skutecznie odrywały od grania. Wakacje? Raj dla Gracza. Jeżeli nie było wypadu nad morze, to był wypad z kumplami na chatę, na partyjkę Street Fighter Alpha 3, pośród okrzyków radości i rywalizacji. Nie było problemu z rozklepywaniem na czynniki pierwsze Chrono Cross’a, masterowaniem SSX 3, czy walczeniem 7h z Yiazmatem w Final Fantasty XII, by ostatecznie przegrać. Tak było. Były chęci, był czas, był git.
Obecnie jednego z tych elementów zabrakło w układance. Idealna konstrukcja została mocno naruszona poprzez deficyt jednego czynnika – czasu.
Niestety. Sytuacja, kiedy było go mnóstwo, a zarazem mało gier, została zastąpiona mnóstwem gier i brakiem wolnej chwili. Monotonia życia codziennego, obowiązki, praca, kobieta i wszystkie inne elementy, które czynnie uczestniczą w moim i Waszym życiu, albo my w nich, wystawia nas na próbę. Następuje weryfikacja naszego ‘ja’. Odbywa się próba degradacji ze stanowiska ‘hardcore’ na stanowisko ‘casual’. Nie jest łatwo, by się temu przeciwstawić, albo to zaakceptować. No chyba, że zawsze stało się po stronie ‘casual’; wtedy ok, raczej nie ma problemu. Pojawia się zamknięte koło – niegdyś dużo czasu i brak kasy na gry, dzisiaj praca i pieniądze, ale nie ma kiedy grać. No cóż, jak to się mówi, coś za coś.
Jakim jestem Graczem? Czym jest dla mnie moja pasja? Jak wielka ona jest? To tylko niektóre pytania, kołaczące się wtedy gdzieś po głowie. Zapewne ile osób, tyle odpowiedzi. Wielu nie wytrzymuje tego testu, porzucając swoje hobby w szafie, wraz z zamkniętą w niej na zawsze konsolą i ukochanymi niegdyś grami. Inni z kolei odnajdują drugą młodość i dostrzegają światełko, a właściwie światło, w ciemnym tunelu zagubienia. Jeszcze inni nawet nie muszą podejmować decyzji, stawiać czoła wyzwaniu, ponieważ moment próby w ich życiu nigdy się nie pojawia.
Można się również wewnętrznie zapytać samych siebie, czy brak czasu nie jest przypadkiem usprawiedliwieniem wypalenia, znudzenia tematem. Może boimy się przyznać sami przed sobą, że to już nie to. Może. Znam również osoby, które doskonale się czują i odnajdują w nowej sytuacji, w której granie zeszło na drugi, albo i dalszy plan. Na swój sposób przeszli test i wskoczyli, można powiedzieć na inny poziom. W żadnym wypadku nie gorszy, po prostu inny.
Powoli kończą się czasy masterowania każdej gry. Przekładając to na obecny język można powiedzieć, że platynowanie/calakowanie tytułów nie jest dla każdego. Być może brakuje czasu, cierpliwość nie ta, zero chęci, a może skill już nie na tym poziomie, co kiedyś. Zresztą kwestia pucharków i osiągnięć to temat na oddzielną historię, która wkrótce również zagości na czerwonym fotelu, bo gdzieś tam mnie uwiera w głowie.
„Eniłej”, ciężko określić, czy takowy stan zabłąkania jest tymczasowy, czy może być tylko gorzej i stopniowo staczamy się w szarość życia codziennego. To już zależy od nas samych. Wypalenie, czy też depresja Gracza nie muszą być wyrokiem, wszak przeczekanie tego stanu może okazać się zbawienne. Ochota na granie może powrócić ze zdwojoną siłą w najmniej oczekiwanym momencie, bądź może zostać przywołana genialnym tytułem na horyzoncie (vide Dishonored w moim przypadku). Takowa refleksja i przemyślenie tematu, ma też i pozytywną stronę. Wyrabia się przez to inne spojrzenie na gry, bardziej dojrzałe. Nie chwyta się byle czego, co tylko wpadnie w ręce, a raczej dokonuje się stosownej selekcji, niczym koneser w danej dziedzinie. Wiem, że gra którą wybrałem, zasługuje w moim odczuciu na poświęcenie jej czasu, a nawet wspomniane wcześniej wymasterowanie.
Trochę łapię się na naleciałościach z przeszłości (więcej, więcej gier), bo jak spojrzę na swoją półkę z grami, to widzę tam tytuły, które jeszcze ani razu nie wylądowały w czytniku konsoli. Nie przyszła jeszcze ich kolei. Samo ich posiadanie jednak mnie uspokaja, bo wiem, że jak nastąpi odpowiednia chwila, to poświęcę im należyty czas i poddam się emocjom, jakie mi zaoferują.
Mam wewnętrzne odczucie, że jako Gracz, dojrzałem. Marazm, który swego czasu mnie dopadł, koniec końców pozytywnie na mnie wpłynął. Odpowiedziałem już sobie wewnętrznie na pytanie, „Jakim Graczem jestem?” I powiem Wam, że z owej odpowiedzi jak najbardziej jestem zadowolony. Dlatego Was również zapraszam do zadania sobie tych kilku pytań, a może nawet tylko i tego jednego. Odpowiedzi, które otrzymacie, mogą ukazać o Was prawdę, której do tej pory nie dostrzegaliście, bądź baliście się zauważyć.
Dzisiejszą Rozkminę, nieco krótszą i bardziej filozoficzną niż zazwyczaj, pozwolę sobie zakończyć cytatem, który dosyć jasno i prosto podsumowuje temat:
„Czas nas zmienił, chłopaki…”
 

 
Jeeest! Już 41!
Hmm... co by tu następne...
O, Terminator Salvation. Jak mogłem go przeoczyć.