Recenzja

Recenzja Blood: Refreshed Supply. Psst, dzieciaku, chciałbyś zagrać masowym mordercą?

Klasyk w końcu wjeżdża na konsole.

Blood to jeden z najbardzej kultowych FPSów ever. Niestety przez bardzo wiele lat pozostawał w cieniu, porzucony na PC i nigdy nie doczekał się odświeżenia... aż do teraz. Blood: Refreshed Supply to remaster, który przygotowało będące ekspertami w remasterowaniu gier studio NightDive. Po raz pierwszy w historii gra wyrwała się też z PC i zagościła na konsole.

Zafascynowany możliwością zabawy w cenionego klasyka czym prędzej pospieszyłem więc do producenta i poprosiłem go o przysłanie kopii. Niedługo później na swoim PS5 uruchomiłem 28-letniego Blooda w nowej wersji. Czy pomimo tylu lat na karku potrafił zrobić wrażenie? Zapraszam Was na recenzję!

Jazda po kultystach bez trzymanki

O co chodzi w Blood: Refreshed Supply? Jeśli myślicie, że to kolejny tytuł pokroju Doom, gdzie walczymy herosem i ratujemy ludzkość, to mocno się zdziwicie. W Blood przenosimy się do roku 1928, gdzie na ziemi coraz bardziej panoszy się kult mrocznego Boga zwanego Chernobog. Pewnie spodziewacie się w takim razie, że ratujemy przed nim ludzkość? A gdzie tam! My wcielamy się w Caleba — wysokiego rangą przedstawiciela Chernoboga, który dokonywał masowych morderstw i masakr w imię swojego mrocznego pana i to z uśmiechem na twarzy!

Nasz bohater za nic ma sobie życie niewinnych

Gramy więc krótko mówiąc, niezłym świrem, co zresztą podczas gry wielokrotnie uda nam się zauważyć. Pomimo że nasz bohater jest oddanym sługą mrocznego boga, ten w pewnym momencie uznaje, że Caleb go zdradził i skazuje go na wieczne potępienie i najgorsze tortury. Mężczyźnie udaje się jednak uciec, a jego jedynym celem jest zemsta na kulcie i odpowiedź na pytanie, czemu jego Pan skazał go na taki los.

Masakra pełną gębą

W tym celu udamy się... dosłownie w podróż dookoła świata. Kult trzyma bowiem łapy na niemal wszystkim. Szybko okaże się też, że Blood nie bez powodu został nazwany właśnie tak krwawo. Gra jest niesamowicie brutalna. Trup ściele się gęsto, mapy są nierzadko pokryte piętrzącymi się stosami czaszek i obiętymi ludzkimi korpusami. Wystarczy podpalić dowolnego kultystę, by usłyszeć aż niepokojąco realistyczne okrzyki bólu, gdy nasz bohater będzie sadystycznie rechotał jak na psychopatycznego świar przystało. To wszystko by stworzyć odpowiedni klimat, a do tego zaszokować gracza do bólu.

To gra 18+, widać na pierwszy rzut oka

I jedno i drugie szczerze przyznam, że się udaje. Tytuł promieniuje specyficznym stylem, nieco zwariowanym, nieco grotestkowym, ale wyjątkowo brutalnym. Po kilku godzinach zabawy w Blood, jeśli ktoś pokazałby Wam screeny z kilku FPSów, będziecie w stanie bezbłędnie wytypować, który jest właśnie z Blood i o to właśnie chodziło.

Mapy bywają równie intrygujące, co obrzydliwe

Czystą przyjemnością jest także korzystanie z szerokiego arsenału broni i wyszukiwanie skrzętnie ukrytych sekretów na mapach. To dwa główne elementy Blood i jak sami przypuszczacie — nigdy się nie starzeją. Samych map w remasterze jest zresztą całe zatrzęsienie. Otrzymujemy łącznie kilkadziesiąt map z podstawowej wersji gry, mapy z dodatku Plasma Pak, a także zupełnie nową kampanię. W języku branżowym możnaby więc powiedzieć, że Blood: Refreshed Supply jest jak Definitive Edition, czy Director's Cut — zawartości są całe tony.

Brutalna pukawka... ale bez balansu

Niestety, choć obydwa fundamenty rozgrywki są solidne, to mają również i spore skazy. Zacznijmy może od broni. Jest ich mnóstwo, a wystrzał z każdej przyprawia o pojawienie się banana na twarzy. Od kultowego Karabinu Thompson zwanego Tommy gunem, przez pistolet sygnałowy podpalający naszych przeciwników, aż po solidną porcję dynamitu, który szybko rozwiązuje problemy grup przeciwników.

Tych też rodzajów tworcy gry nie poskąpili. Zobaczymy Gargulce, kultystów, czy diaboliczne psy ziejące ogniem. Co więcej — maszkary zaprojektowano z głową! Nie wystarczy tylko ładować w nich ołów. Szybko odkryjemy bowiem, że każda z nich ma swoistą słabość. Do zabijania wyjątkowo odpornych obleśnych grubych zombie najlepiej sprawuje się... pistolet sygnałowy, który pozwala nam oszczędzić całe tony amunicji. Cerber z kolei padnie po jednym wystrzale z Tesla Guna, a strzelbą męczylibyśmy się parę minut.

Skoro jest tak fajnie, co to więc tutaj nie gra? Otóż balans i to nie chodzi o balans samych przeciwników — ten jest całkiem w porządku. Chodzi o balans... poziomów trudności. W grze mamy do dyspozycji aż 5. Od razu mówię, wszystkie są spieprzone. Na dwóch pierwszych gra jest banalna. Środkowy jest niezły, choć dalej jest za łatwo. Z kolei dwa ostatnie są kompletnie zepsute i nie polecam nawet weteranom na nich grać. To nie dlatego, że gra jest tam za trudna, jest po prostu zepsuta.

Największym problemem jest tutaj fakt, że bardzo pospolicie występujący na mapach kultyści atakują gracza w sposób niepozwalający mu na żadną reakcję. Przeciwnicy Ci nie "strzelają" stricte pociskami w sensie fizycznym, zamiast tego gra używa tzw. technologii hit-scan. Jeśli tylko przeciwnik widzi gracza, to obrażenia są przyznawane natychmiast i nie ma szansy na ich uniknięcie. To w połączeniu z faktem nadludzkiej wręcz responsywności tychże oponentów sprawia, że każda próba zagrania na wyższym poziomie trudności to prawdziwa męczarnia i festiwal ładowania sejwów, tylko po to by strzelić jako pierwszy.

Z tego też powodu albo w Blood jest zbyt łatwo, albo jest to doświadczenie frustrujące. Bardzo szkoda, że tak to wygląda, bo naprawdę był tutaj kosmiczny potencjał przy remasterze na poprawę tego niedopatrzenia twórców. Szanuję, że twórcy remastera starali się jak najwierniej oddać oryginał, nawet jeśli były w nim rozwiązania wprost złe, ale czasem nie warto tego robić.

Podróże kształcą.... ale nie tak monotonne

Teraz dochodzimy do kwestii lokacji. Jak już wcześniej wspomniałem — gra jest wprost diabelnie klimatyczna. Lokacje błyszczą niesamowicie gęsta i dopracowaną kreską, która aż się nam udziela. To świetnie. Problem polega jednak na tym, że choć jest cholernie klimatycznie, to twórcom nie udaje się odpowiednio zróżnicować przedstawianych lokacji. Podejmowane są tego oczywiście próby, ale nadal to za mało.

Przez to, gdybyście teraz spytali mnie, która lokacja najbardziej zapadła mi w pamięć, to pewnie bym powiedział, że może zniszczone miasto? Wiecie dlaczego? Bo reszta wygląda pod względem stylu bliźniaczo podobnie. To oczywiście tyczy się podstawowej kampanii wprost przeportowanej z oryginalnej wersji gry. Lepiej wygląda to natomiast w przypadku dodatków i zupełnie nowej paczki map — tam widać, że twórcy wyciągnęli z "podstawki" odpowiednie wnioski i gra się przyjemniej.

Niemniej przy przechodzeniu podstawki rekomenduję przerwy co kilka godzin, by po prostu się nie wypalić. Tak dawkowana partiami rozgrywka smakuje w przypadku Blood znacznie lepiej i potrafi zniwelować wspomniany już efekt Deja Vu. Wtedy bawić można się znacznie przyjemniej.

Perfekcyjny remaster gry ze skazą

Twórcy remastera mają już kolosalne doświadczenie w tworzeniu odświeżeń, co widać na pierwszy rzut oka. Wersja na PlayStation 5, którą otrzymałem do recenzji działa wprost perfekcyjnie. Do tego natywnie obsługuje także mysz na PS5, na której prowadziłem zabawę. Naturalnie do naszej dyspozycji oddano także sterowanie na kontrolerze, które działa sprawnie, choć dopiero po zmianie przypisań klawiszy, co na szczęście możemy zrobić własnoręcznie.

Tytuł w nowej wersji zawiera także dziesiątki smaczków dla fanów serii. Do dyspozycji mamy specjalne menu, gdzie sprawdzimy jak powstawała gra, obejrzymy grafiki koncepcyjne i posłuchamy wypowiedzi deweloperów klasyka. Przyznam, że było to na tyle ciekawe, że nawet mnie, będącego w Blood totalnym żółtodziobem badanie historii tytułu mocno wciągnęło.

To bardzo miły dodatek, który zainteresuje więc nie tylko fanów, ale i kompletnych nowicjuszy. Twórcy zapewnili też możliwość skorzystania z kilku wersji ścieżki dźwiękowej, a nawet przełączenia remastera na tryb retro dla największych fanów oryginału. Na deser pozostają odrestaurowane przerywniki filmowe, które robią dużo lepsze wrażenie.

Podsumowanie

Przyznam szczerze, że mam z oceną Blood: Refreshed Supply spory kłopot. Gra ma bowiem mnóstwo mocnych plusów, jak i kilka dużych minusów, a to jak będziemy się w niej bawić, zależy w dużej mierze od tego jak tytuł będziemy dawkować i na jakim poziomie trudności będziemy go ogrywać.

Bloodowi nie sposób odmówić niewiarygodnie gęstego klimatu i świetnych wrażeń ze strzelania, ale potrafi on też srodze zawieść. Niemniej nawet po tylu latach gra potrafi sprawiać radość i stanowi ciekawą odskocznię od dzisiejszych shooterów. Wielkie brawa należą się Nightdive Studios, które stworzyło kolejny świetny remaster gry, jaka jednak ma kilka skaz.

Za udostepnienie gry dziękujemy firmie Nightdive Studios.

Podsumowanie

Gra
  • Niesamowicie gęsty klimat
  • Niemal perfekcyjne odświeżenie
  • Obsługa myszy na konsoli
  • Kolosalna ilość map i zupełnie nowa kampania
  • Dynamiczna i ciekawa walka
  • Mnóstwo rodzajów pukawek i przeciwników...
Nie gra
  • ....ale niektórzy są źle zaprojektowani
  • Karygodnie zepsute poziomy trudności
  • Mapy bywają zbyt monotonne
  • Brakuje efektu WOW
Artyzm
Dźwięk
Gameplay
Fabuła
Werdykt: 3.5/5
"Między dobrą a przeciętną"
go-stargo-stargo-stargo-stargo-star
go-stargo-stargo-stargo-stargo-star

Blood: Refreshed Supply to przyjemna odskocznia od nowoczesnych shooterów i choć ma parę większych skaz, to przy odpowiednim dawkowaniu daje mnóstwo frajdy.

Platformy:
Czas czytania: 9 minut, 3 sekund
Komentarze
Dodaj nowy komentarz:
...
Twój nick:
Twój komentarz:
zaloguj się

Ta strona korzysta z reCAPTCHA od Google - Prywatność, Warunki.


Treści sponsorowane / popularne wpisy: