Ryu Ga Gotoku Studio postanowiło uczcić dziesiątą rocznicę Yakuzy 0 w szczególny sposób. Japoński deweloper przygotował wersję reżyserką tej znakomitej produkcji, oferując ją początkowo jako tytuł startowy dla konsoli Nintendo Switch 2. Pod koniec zeszłego roku edycja ta trafiła również do posiadaczy PlayStation 5, Xbox Series X|S oraz komputerów osobistych. Czy pomimo dziesięciu lat na karku, Yakuza 0 nadal jest grywalna i dostarcza tyle samo frajdy co kiedyś? Zapraszam do recenzji, w której odpowiem na te pytania.
Narodziny bohaterów
Nie licząc spin-offu Ishin, Yakuza 0 to najwcześniejsza chronologicznie część serii. Zabiera nas ona do Tokio i Osaki końca lat 80., gdzie obserwujemy pierwsze kroki Kazumy Kiryu i Gojo Majimy na drodze do stania się legendami japońskiej yakuzy. Historia rozpoczyna się, kiedy pierwszy z bohaterów zostaje wrobiony w morderstwo, drugi natomiast otrzymuje od przełożonych zlecenie dokonania pierwszego morderstwa w swoim życiu.
Fabuła niewątpliwie jest bardzo mocną stroną recenzowanej produkcji. Poznajemy historię, która trzyma w napięciu do samego końca, a także jest utrzymana w poważnym, mafijnym tonie. Ponieważ wcielamy się w bohaterów o nieugruntowanej pozycji w hierarchii, twórcy wyraźniej niż w innych częściach pokazują, jak trudno przebić się w japońskim półświatku. Możemy także przekonać się ile wyrzeczeń, poświęcenia i niesprawiedliwości czeka na każdego, kto zechce przejść tę drogę.
Muszę przyznać, że fabuła nie zastarzała się ani trochę i jest tak samo interesująca oraz emocjonująca jak dziesięć lat temu. Pomimo iż ukończyłem wersję na PlayStation 4 już lata temu i znałem zakończenie całej historii, bawiłem się znakomicie, a odświeżanie sobie mniej znanych wątków przyniosło mi wiele satysfakcji. Wszystko za sprawą znakomitego scenariusza i świetnie napisanych postaci, których działania wybudzają w graczu całą gamę różnorakich emocji.
Warto dodać, że wersja reżyserska została wzbogacona o dodatkowe, ciekawe scenki. Niestety nie jest ich zbyt dużo, albowiem wszystkie razem trwają mniej niż pół godziny. Trochę szkoda, że nie otrzymaliśmy więcej dodatkowej zawartości, która mogłaby jeszcze bardziej uatrakcyjnić fabułę i rozwinąć mniej eksplorowane wątki. Z drugiej strony, rozumiem twórców, którzy nie chcieli za bardzo ruszać tak doskonałego scenariusza.
Wojownik w wielkim mieście
Jeśli chodzi o zmiany graficzne, to należy wyraźnie zaznaczyć, że nie mamy do czynienia z remakiem, ale jedynie pewnym odświeżeniem. Wersja reżyserka gwarantuje nam wyższą rozdzielczość, płynniejsze działanie i krótsze loadingi, ale nic poza tym. Nie oczekujcie więc oprawy wizualnej, która wyciska pełną moc z konsol obecnych generacji. Jeśli graliście tylko w najnowsze części serii, będziecie musieli przyzwyczaić się do mniej szczegółowej grafiki i o wiele wolniejszego tempa rozgrywki.
Wypełnione przechodniami, hostessami, bandytami i świecącymi neonami ulice miast nadal wyglądają jednak znakomicie i czuć w nich klimat nocnego życia Kraju Kwitnącej Wiśni. Zarówno Kamorucho (Tokio) jak i Sotenbori (Osaka) oferują nam masę zwiedzania, walk i pobocznych atrakcji. W każdej chwili możemy iść pośpiewać, potańczyć, coś zjeść, czy udać się do kasyna albo salonu gier, w którym znajdują się automaty z klasycznymi hitami od Segi. Jeśli chcemy odpocząć od głównego wątku, mamy ku bardzo wiele okazji.
Oczywiście nie mogło zabraknąć substories, czyli dodatkowych misji. Jest ich bardzo dużo, jednakże część z nich jest dość mocno przegadana albo mało urozmaicona. Osobiście zdecydowanie wolę nowszy model zadań pobocznych zapoczątkowany w Yakuza 6: The Song of Life, który oferuje mniejszą liczbę bardziej rozbudowanych misji. Na szczęście większość substories w recenzowanej produkcji jest naprawdę ciekawa, a nierzadko bardzo humorystyczna, co skutecznie motywuje do ich przechodzenia.
Fani minigierek i wciągających odskoczni od głównego wątku fabularnego będą zachwyceni, albowiem ta część serii oferuje naprawdę ogromną liczbę takich aktywności. Prym wiedzie oczywiście prowadzenie hostess clubu, które wciąga niczym bagno, a także rozkręcanie biznesu, w którym musi łączyć inwestowanie z obijaniem mord wrogim przedsiębiorcom. Gra pełna jest odważnego, absurdalnego, humoru ze szczyptą perwersyjności i niedwuznacznych aluzji, za który uwielbiam tę serię.
Breakdance, pięści, kije i wszystko, co znajdzie się pod ręką
Czym byłaby jednak seria Yakuza bez widowiskowych walk? No cóż, trzeba uczciwie powiedzieć, że z dzisiejszej perspektywy potyczki w recenzowanym tytule nie robią już takiego wrażenia jak dziesięć lat temu. Tym bardziej, jeśli graliśmy w nowsze odsłony przygód Smoka Dojimy, gdzie mordobicia osiągnęły już zdecydowanie większy poziom zaawansowania i efektowności. Walki w Yakuza 0 są prowadzone w o wiele wolniejszym tempie, a na ekranie nie pojawia się aż tylu przeciwników jednocześnie.
Niemniej jednak uliczne nawalanki nadal dają bardzo dużo satysfakcji. Pomimo wolniejszego tempa, mniejszej widowiskowości i ograniczonej liczby dostępnych ciosów, obijanie mord złoczyńcom naprawdę wciąga. Szczególnie w przypadku walk z bossami. Duża w tym zasługa interaktywnego otoczenia, klimatycznej muzyki, a także budujących napięcie scenek, oglądanych przed potyczkami z najważniejszymi przeciwnikami.
Zarówno Kiryu, jak i Majima mają do dyspozycji 4 różne style walki, odblokowywane wraz z postępami w fabule. Warto zwrócić uwagę na ich dużą różnorodność. Maijma może na przykład sięgnąć po kij baseballowy lub stosować w walce techniki breakdance’a. Kiryu natomiast jest w stanie nauczyć się szybkiego, bazującego na unikach stylu lub wręcz przeciwnie, porzucić defensywę i skupić na totalnej destrukcji w technice bestii. Wielkim plusem jest to, że style możemy zmieniać w trakcie walki, co bardzo urozmaica potyczki.
Oczywiście każdy styl walki posiada nowe umiejętności i wzmocnienia, których możemy się nauczyć. Większość techniki możemy zdobyć, inwestując pieniądze w rozwój postaci, jednakże niektórych specjalnych zdolności nauczą nas tylko trenerzy, których napotykamy na swojej drodze. Wóczas zdobycie nowej umiejętności wiąże się z wykonaniem specjalnego zadania fabularnego. Połączenie dwóch metod rozwoju bohaterów to bardzo dobry pomysł.
Niech gra muzyka!
Yakuza 0 to podręcznikowy przykład tego, jak powinno się budować klimat gry. Wspominałem już o trzymającej w napięciu fabule i zatłoczonych ulicach rozrywkowych dzielnic, oświetlanych światłami neonów. Jednakże tym, co dopełnia całości, jest wspaniała oprawa dźwiękowa. Jak zawsze w tej serii, japońscy aktorzy głosowi są po prostu perfekcyjni w swoich rolach i znakomicie oddają charakter odgrywanych postaci. Wersja reżyserka dodaje także angielski dubbing, ale komu on potrzebny?
W samych superlatywach można mówić także o muzyce. Kiedy przemierzamy zatłoczone ulice, oprócz gwaru przechodniów, do naszych uszu docierają melodie z pobliskich barów, salonów gier i klubów. W trakcie mordobić sytuacja zmienia się diametralnie i do boju zagrzewają nad dynamiczne utwory, które zmieniają się w zależności od aktywnego stylu walki. Do tego wszystkiego trzeba zaliczyć także rewelacyjne piosenki z karaoke, dyskoteki i kawałek towarzyszący nam podczas zarządzania klubem hostess. Prawdziwa maestria!
Można przyjść z przyjacielem? Można, nawet z całą grupą!
Największą nowością w Yakuza 0: Director's Cut jest obecność trybu multiplayer, nazwanego przez twórców Red Light Raid. Cel jest prosty. Po wybraniu jednej z dostępnych map musimy przejść szereg lokacji, a w każdej z nich naszym zadaniem jest wyeliminowanie określonej liczby przeciwników, mieszcząc się w limicie czasowym. Żeby było ciekawiej, nie jesteśmy osamotnieni, albowiem możemy skorzystać z pomocy innych graczy lub kierowanych przez sztuczną inteligencję botów.
Pomimo że tak naprawdę możliwości tego trybu są bardzo ograniczone, a nasze zadanie jest za każdym razem takie samo, wspólna zabawa z przyjaciółmi jest angażująca. Zespołowe obijanie mord przestępcom i członkom wrogich rodzin yakuzy jest przyjemne i odprężające. Najwięcej frajdy daje zdobywanie pieniędzy, które możemy wymienić na nowe postacie, w które wcielamy się w trybie Red Light Raid. Dostępnych wojowników jest naprawdę sporo, a wśród nich znajdują się zarówno ci bardziej i mniej znani bohaterowie.
Yakuza 0: Director's Cut to w dalszym ciągu rewelacyjna gra. Pomimo dziesięciu lat na karku, produkcja nadal dostarcza ogromu zabawy i zachwyca klimatem oraz pasjonującą fabułą. Niemniej jednak nowa wersja oferuje zbyt mało nowej zawartości, abym mógł wystawić jej wyższą ocenę. Jeśli nie mieliście wcześniej okazji zapoznać się z oryginałem, powinniście koniecznie sięgnąć po wersję reżyserską. W przeciwnym wypadku przemyślcie zakup lub poczekajcie na remake tego znakomitego tytułu.
Dziękujemy firmie Cenega za udostępnienie gry do recenzji.
Podsumowanie




Yakuza 0 Director's Cut to udane odświeżenie rewelacyjnej gry. Szkoda jednak, że nie otrzymaliśmy więcej nowej zawartości.








Komentarze
Dodaj nowy komentarz: