Genialna kombinacja tych samych cyfr. Wręcz idealna i czysta. Dzień tygodnia czwartek. Nigdy w historii branży gier video, nie było łatwiejszej do zapamiętania daty premiery urządzenia. Niektórzy powiedzą, że to odwrócona najmniejsza liczba doskonała – 6. Jeszcze inni, że to szatańska liczba 666, ale do góry nogami z dodatkową 6. Dla mnie natomiast, to amerykańska data premiery konsoli SEGA Dreamcast. Ostatniej, niestety, która ukazała się pod szyldem tej legendarnej japońskiej firmy, założonej w 1940 roku, pod nazwą Standard Games, w East Palo Alto w… Kalifornii.

Dlaczego większość z graczy lepiej kojarzy datę amerykańskiego startu systemu, aniżeli japońską czy naszą, europejską? To dość zaskakujące, bo w Japonii można się było bawić ostatnią konsolą Segi, blisko rok wcześniej (27 listopad 1998). W Europie nastąpiło to trochę po amerykańskim debiucie, czyli 14 października 1999. I co z tego, ktoś zapyta? Co mnie obchodzi amerykańska premiera, kiedy to jeszcze czasy standardów telewizyjnych PAL/NTSC? Tutaj właśnie wychodzi cała magia użytej przez amerykański oddział Segi daty 9.9.99 Europejczyk nie będzie pamiętał daty w swoim regionie, Japończyk również. Każdy z nich jednak zapamiętał amerykańską. Iście szatański ruch, a może doskonały?

Bardzo krótka historia

Pomysł na następcę Saturna był dość nowatorski, jak na japońską firmę. Narodził się w głowie nowego prezesa Segi Ameryka Shoichiro Irimajiri, w okolicach 1997 roku. Jego zamysłem było, aby nową maszynę opracowywano w USA. Do tego celu zwerbował Tatsuo Yamamoto z IBM Austin. Kiedy o tym całym przedsięwzięciu zrobiło się głośniej w Sedze, Hideki Sato – szef sprzętu w japońskiej dywizji wściekł się. Jak to? Japońska firma chce przekazać tworzenie nowego sprzętu zewnętrznym zasobom? Z innego kraju? Z innego kontynentu? Doszło do ciekawej sytuacji. Otóż dwa zespoły, niezależnie od siebie, opracowywały w sekrecie dwa różne prototypy maszyn, w innych regionach świata. „Black Belt” miała kodowa nazwa sprzętu na terytorium USA. Natomiast w Japonii, prototyp nazywano „White Belt”, ale nazwę szybko zmieniono na „Dural”, a następnie na bardziej japońsko brzmiące „Katana”. Można tutaj pisać o ironii losu, bo pomimo śmiałego ruchu prezesa, jakim było pierwotne powierzenie stworzenia nowego sprzętu Amerykanom, to koniec końców, zdecydowano się jednak wybrać projekt japoński.

Była to pierwsza 128-bitowa domowa konsola na rynku, która dodatkowo oferowała możliwość połączenia z Internetem, po wyjęciu sprzętu z pudełka. System operacyjny to nic innego jak Windows CE, a sama platforma została wyposażona w napęd GD-ROM (pojemność płyt 1,2 gb) opracowany przez Yamahę. Co po latach dla wielu kolekcjonerów…ale o tym później.

Zostawmy jednak historię w spokoju. Nie zamierzam opisywać szczegółowych losów procesu prototypowania maszyn, zawiłości z tym związanych, teorii spiskowych czy też jako kolejny rozwodzić się nad przyczynami klęski Dreamcasta, końca Segi z produkcją konsol, złym marketingiem w tamtych czasach, błędnymi decyzjami zarządu czy też rychłym zakończeniem produkcji, bo już 26 marca 2001, co dla wielu graczy było ciosem. Dla żądnych wiedzy, na przestrzeni lat, powstało wiele tego typu opracowań na łamach prasy czy stron www .

Osobiste, dawne czasy

20 lat to kawał czasu. Od tego momentu ukazało się sporo konsol i kolejne generacje sprzętu. Kurz opadł, SEGA jest inna, niż dwie dekady temu. I tylko szkoda, że nie robi już nowych konsol, z uroczymi nazwami.

Taka okrągła rocznica to dobry moment, aby powspominać, ale te miłe rzeczy, które przychodzą do głowy na słowo Dreamcast, dostępność w Polsce czy 9.9.99
Dla mnie to wszystko zaczęło się za pośrednictwem prasy. Tak. Prasy. 20 lat temu głównym źródłem informacji o grach, konsolach czy peryferiach był papier. Człowiek czekał z wywieszonym jęzorem na koniec, środek czy też początek miesiąca (w zależności od cyklu wydawniczego danego pisma), aby pobiec do kiosku i kupić kolejny numer swojego ulubionego magazynu, a tych 20 lat temu było sporo. Kiedy ujrzałem pierwsze wzmianki o DC byłem bardziej zaintrygowany, niż zainteresowany tą maszyną. Koniec lat 90 w Polsce to złota era PlayStation, tak naprawdę pierwszej konsoli (nie podróbki), która zaczęła trafiać i przebijać się do świadomości Polaków. Wówczas nie byliśmy rozpieszczani przez wielkie korporacje sprzętem najnowszej generacji, bo lata 90 to powolny proces budowy polskiego kapitalizmu i pogoni gospodarczej za Zachodem. Konsole pochodziły z importu i kosztowały tyle, co kilka średnich pensji Polaków. Do tego trzeba było dokupować drogie gry. Pocieszające, z obecnego punktu widzenia, są różnice cen gier w Polsce na przestrzeni 20 lat. Wygląda to tak, jakby inflacja ich nie dotyczyła. Zarówno wtedy, jak i teraz to okolice 200-300 zł. Zmieniła się za to siła naszego pieniądza i obecnie 200 zł, to dla wielu Polaków dniówka. Rynek przez te wszystkie lata zaczął się normalizować, producenci konsol dostrzegać nas jako równorzędnego partnera, a co za tym idzie pojawiło się więcej sprzętu, gier, dystrybutorów, promocji, reklamy, jak i samych graczy. Tylko tych pism coś coraz mniej – ale ja nie o tym tutaj.

Wracając do końcówki lat 90. Grałem na PS1 parę razy u kolegi w Tekkena, a także u wujka i spodobało mi się na tyle, aby zacząć bardziej interesować się tematem. Prasa, opinie kolegów, znajomych, rodziny. Bardzo chciałem mieć konsolę. Zawsze posiadałem komputery (Atari 65XE, Amiga 500, później pentium 133) i jak zakomunikowałem rodzicom, aby wyrzucili kasę na konsolę to się popukali w czoło (po dziś dzień pewnie żałują, że ulegli moim prośbą, a być może żałują już momentu w 1985 kiedy przynieśli do domu, z Pewexu, Atari 65XE, które zamieniło mnie w gracza).Szczęśliwie dla mnie, na przełomie milleniów udało się nabyć…PS1

Była zima, po obiedzie. Śnieg za oknem. Pojechałem z rodzicem, do gościa z ogłoszenia, po PS1. Byłem rozanielony możliwością pogrania w te wszystkie hity, które widziałem wcześniej u kolegi, wujka czy w prasie. Zajechaliśmy, bierzemy PS1, a tam obok stoi podłączona do kineskopowego tv, konsola z makaronowym znaczkiem – Dreamcast. Zapewne sprowadzony z Niemiec lub Wielkiej Brytanii. Do tej pory kojarzyłem go tylko z czasopism. Tymczasem tutaj, ktoś żywy gra na nim w Sonic Adventure. Zrobiło mi się gorąco i już nie chciałem PS1. Chciałem DC. Dopóki nie zobaczyłem blisko 3x wyższej ceny, niż za PS1. Jeżeli mnie pamięć nie zawodzi, to PS1 wówczas chodziło po ok. 700 PLN, a Dreamcast - 1800 PLN. Wyszliśmy wówczas z PS1. Radość przeplatała się ze smutkiem. MGS, Silent Hill, Crash, Final Fantasy, Resident Evil, TombRaider, Gran Turismo. Masa, masa genialnych gier przede mną, ale w tyle głowy jedna myśl. Sonic. Ten cholerny Sonic.

Zaczynała już działać magia słów Dream i Cast. Dreamcast. Kombinacja słów, gdzie baśniowy mag rzuca zaklęcie. Na mnie rzucił. Podobnie jak na tych, którzy postawili na tę nazwę dla nowej konsoli Segi. Wybrali z ponad 5 tysięcy innych propozycji.

Wróciłem do domu z PS1 pod pachą. Obiektem westchnień kolegów z ulicy, znajomych z dzielnicy, graczy z miasta, ludzi z Polski. Podłączyłem sprzęt do 25 calowego kineskopowego telewizora Sony, odpaliłem demo disc z Gran Turismo. Telefon do kuzyna. Mam konsolę, przyjeżdżaj. Tłukł się przez pół miasta autobusem, aby pograć w to legendarne demo GT. Zastała nas noc. Później były inne tytuły. Zapomniałem o Dreamcaście. Do czasu. Znowu zima. Ponownie śnieg za oknem (kiedyś te zimy były bielsze). Okolice listopada/grudnia 2000. Oglądam Giga Games (niemiecki program o grach i sprzęcie emitowany w godzinach późno wieczornych) na europejskim NBC. Nagle kamera najeżdża na prowadzącego, który ma pod telewizor podpiętego makarona. To Dreamcast! Puls zaczyna bić szybciej. Co więcej, odpala grę. Ciśnienie skacze. Jakiś śmieszny ludek biega, leje po gębach oprychów, gada z kimś. Patrzę i nie wierzę jak to wygląda w ruchu. Ma firmowy zegarek na ręce! Chwilę temu skończyłem partyjkę z kolejną grą na PS1, ale nie wyglądała w połowie tak dobrze jak to, co obserwuję w telewizji. Jakieś wózki widłowe!? Co to jest? O, scenka QTE. Napisy Shenmue. Wszędzie widzę Shenmue. Sonic? Shenmue? Sonic? Shenmue? Co to jest!? Szukam w magazynach, idę do kiosku po kolejne czasopisma, szukam wzmianek o Shenmue. Już wiem, że muszę to mieć. Jest to tak potężne uczucie, z którym nawet nie staram się walczyć.

Wreszcie po tym pamiętnym zimowym popołudniu, w którym po raz pierwszy na żywo zobaczyłem Sonica na DC, podłączonym pod tv, nabyłem swój egzemplarz na jednym z serwisów aukcyjnych. Mam Shenmue. Gram. Gram i gram. Kocham to. Gra mojego życia przez wiele, wiele lat – dobrą dekadę później pojawiło się The Last of Us - ale Shenmue zrobiło na mnie wówczas tak kolosalne wrażenie, jak mało która gra wcześniej i później. Ryo Hazuki. Dobrze, że wracasz za 2 miesiące. Pomścimy ojca i dorwiemy tego Chinola.

 

Kiedy otrząsnąłem się już z letargu w postaci dwóch części Shenmue, udało mi się ograć jeszcze wiele kapitalnych pozycji. Jet Set Radio, Grandia II, Skies of Arcadia, Rez, Power Stone, Soul Calibur, Crazy Taxi, Ikaruga. Szczęśliwie, większość z tych gier dostała różne remastery hd, remastery bez hd, kompilacje, kolekcje i inne wydania, o jakich kilkanaście lat temu, można było tylko pomarzyć. Dreamcast pomimo krótkiego, acz intensywnego życia, przez które dostarczył wielu niezapomnianych gier, zapisał się na łamach kart historii świetnymi, genialnymi i kapitalnymi grami. Shenmue było jednym z ostatnich bastionów, które zasmakowała tylko garstka graczy, posiadaczy poczciwego makarona. Jednakże niedawno i to się zmieniło, kiedy SEGA wreszcie zdecydowała się wypuścić edycję HD na konsole obecnej generacji.

Kolekcjonerzy i kolekcje

Czy zbieranie gier na DC jest miłe, łatwe i przyjemne? A może ktoś by chciał się na tym szybko wzbogacić? W końcu jest pełno spekulantów czy jak ich nazwiemy, którzy skupują retro gry i sprzęty, co sprawia, że ceny takich deficytowych towarów wzrastają do niebotycznych poziomów. Przypomina mi to trochę sytuację na polskim rynku numizmatycznym, około 2010 roku. Ceny monet szły mocno do góry, aż któregoś razu wszystko się załamało. Ci, którzy kupowali wcześniej numizmaty celem łatwego zysku, przeżyli ogromny szok.

Również ceny samych konsol w Polsce, z logo Dreamcasta, poszły w ostatnich latach mocno w górę. Możemy tutaj mówić nawet o skoku w granicach 100% Warto przypomnieć, że cena premierowych egzemplarzy na Wyspach Brytyjskich była ustalona na poziomie 200 Ł.

Wróćmy jednak do zbierania nośników fizycznych. Obecnie kupowanie gier na DC do specjalnie skomplikowanych nie należy, wszak aukcje czy sklepy internetowe w kraju i za granicą są świetnym źródłem brakujących egzemplarzy do kolekcji. Czy wobec tego powinniśmy powiększyć lub zacząć zbierać pozycje na DC? Ciężko jednoznaczne odpowiedzieć na to pytanie. Osobiście odszedłem od tego pomysłu jakiś czas temu, z dość prozaicznego powodu. Mianowicie trwałość zastosowanego nośnika, czyli GD-ROM, jest mocno zagadkowa.

Kiedy kilka lat temu byłem zainteresowany rozpoczęciem „działalności” związanej ze zbieraniem gier na tę platformę, porozmawiałem z paroma polskimi kolekcjonerami gier na Dreamcasta, a także poczytałem opinie osób na różnych forach. Niestety, ale zebrane przeze mnie wnioski nie były optymistyczne. Ludzie wyrażali się dość sceptycznie o kolekcjonowaniu płyt z grami na makarona. Powodem są dyski GD-ROM, które według tych relacji, charakteryzują się o wiele krótszą żywotnością, niż zwykła płyta CD/DVD. Zdarza się, że osoby, które posiadają od nowości gry, bez żadnych rys na płytach, nie mogą ich uruchomić. Z tego powodu, nie będę ryzykował i raczej już nigdy nie uzbieram znaczącej kolekcji gier na ten system. Jestem z tych, którzy poza estetycznym wyglądem pudełek na DC (niebieskie ranty okładek bardzo ładnie się prezentują na półce), chcieliby mieć również możliwość pogrania w te wszystkie rarytasy.

Dla wszystkich przyszłych, bądź obecnych fanów DC, zamieszczam artykuł Kotaku o kolekcjonerze gier na makarona oraz dodatkowo materiał wideo.

https://www.kotaku.co.uk/2014/10/15/man-every-single-dreamcast-game

Jak świętować taką okrągłą rocznicę?

Każdy zrobi to na swój sposób. Na pewno znajdą się tacy, którzy wyciągną swoje wysłużone konsole z szaf, podłączą pod kineskopowy telewizor schowany w piwnicy i zanurzą w magiczny świat Dreamcasta, z końca poprzedniego wieku. Jeszcze inni, w tym niżej podpisany, będą się bawić w zremasterowane wersje klasycznych hitów, a także ogrywać kolejne części serii, których wczesne odsłony debiutowały na poczciwym makaronie.

Osobiście, do momentu listopadowej premiery Shenmue III, ogrywam Soul Calibura VI, a także powtarzam obie części Shenmue. Być może ogram jeszcze Jet Set Radio Future na Xboxie.

Obecnie jest całe spektrum możliwości dla graczy, którzy już nie posiadają, bądź nigdy nie posiadali DC, a chcieliby poczuć magię tamtych tytułów. Zapewne macie pochowane w szafach, dumnie spoczywające tam starsze platformy, na których można ograć większość hitów, których na DC nie brakowało. Na przykład na Gamecube zagramy w Skies of Arcadia Legends, Ikaruga czy Crazy Taxi. Na PS2 REZ. PSP to z kolei Power Stone Collection. Poprzednia generacja konsol oferuje Jet Set Radio.
Na obecnych systemach, takich jak Switch wyszła niedawno kolekcja dwóch pierwszych Grandii.

Każdy bez problemu znajdzie coś dla siebie. Również na PS Vita jest sporo gier z biblioteki Dreamcasta.

Dobrze. Powspominaliśmy. Niebawem poświętujemy tę słodko-gorzką rocznicę, każdy na swój sposób. Poopowiadamy nasze historie i przekażemy młodszemu pokoleniu. Teraz czas wracać do grania. Shenmue III coraz bliżej. Czekam ponad 15 lat na kontynuację przygód Ryo. Kiedy widzę ją na horyzoncie, na przemian raduję się i smucę. Raduję, bo tyle lat wyczekiwałem tego momentu. Smucę, bo nie wiem czy ta historia spełni moje oczekiwania oraz wyobrażenia przez lata snute w głowie. Niebawem wszystko będzie jasne.

Tymczasem 9.9.99 ciągle majaczy w mojej głowie. I tak już od 20 lat.

Marcin