W poniższej recenzji przeczytacie o pierwszej części gry, która nie posiada w nazwie przedrostka z jego nazwiskiem. Czy zostało w niej coś z pierwszych, mocno symulacyjnych gier od Codemasters?

DIRT 3 jest pełnoprawną częścią serii, która narodziła się wraz z generacją Xboxa 360 i PlayStation 3. Jej poprzedniczka odważnie odeszła od przyjętych ram, w których zawsze tkwiły stare „Coliny”. Dwójka była skierowana do amerykańskiego odbiorcy. Drastycznie zmniejszono liczbę rajdów na rzecz imprez z cyklu „X Games”, gdzie startowaliśmy przy udziale dużej widowni. Najczęściej w wyścigach pokazowych, gdzie wykonywaliśmy spektakularne skoki i pokonywaliśmy określoną liczbę okrążeń toru. Jednak inicjatywa zakładająca odrzucenie odcinków specjalnych i przemierzania bezkresnych pustkowi nie spotkała się z akceptacją graczy. Chociaż DiRT 2 był grą naprawdę bardzo dobrą, to nie osiągnął sukcesu na rynku. Klienci z Europy odwrócili się od uznanej marki, dlatego Codies już w pierwszych zapowiedziach części trzeciej obiecywali powrót do korzeni.

Nowy „Colin” jest kolejną ze ścigałek z gatunku mieszanin symulacji i zręcznościówek, chociaż bliżej jej jednak do tych drugich (do pierwszych bliżej było np. NFS Shift 2). Jak zapowiadano powracają lokacje typowo rajdowe jak Finlandia, Kenia czy Michigan i faktycznie podczas gry odczuwa się, że to właśnie rajdy stanowią jej główny trzon. Zasadnicza rozgrywka, czyli nasza kariera, została podzielona na cztery sezony. Te z kolei dzielą się na cztery imprezy, z których zawsze ta czwarta jest finałem sezonu. Dostęp do nowych wyścigów zyskujemy dzięki punktom doświadczenia, które zdobywamy wygrywając wyścigi. To, ile punktów zdobędziemy zależy od tego, w jakim zespole jeździmy, ale także od ilości niewykorzystanych Flashbacków. Skoro o nich mowa, to tym, którzy styczności z grami od Codemasters jeszcze nie mieli, należy wyjaśnić, że dzięki nim, możemy cofnąć wydarzenia z toru. Jest to pomocne, jeśli ktoś zaliczył większego dzwona rozbijając samochód lub po prostu stracił za dużo czasu na danym zakręcie. Jednak jeśli delikwent czuje się mocny, może sobie to ułatwienie wyłączyć, aby cieszyć się trudniejszą rozgrywką. Według mnie takie rozwiązanie jest bardzo przemyślane, z własnego doświadczenia wiem ile posłałem wiązanek w stronę konsoli, kiedy po przejechaniu całego wyścigu z doskonałym czasem rozbiłem się na ostatnim zakręcie…

W grze pojawia się też inny patent stosowany ostatnio w każdej grze wyścigowej, a jest nim poziom reputacji kierowcy. Wraz z jego wzrostem budzimy zainteresowanie coraz to lepszych teamów, a przez to dostajemy dostęp do nowych samochodów. Warto podkreślić, że jazda w lepszych zespołach, daje więcej punktów za zwycięstwo, czyli mówiąc krótko zespołami z początku listy opłaca się jeździć tylko na początku gry. Skoro mowa o liście zespołów, to nie mogę nie wspomnieć o całkowicie odnowionym menu, które zostało wykonane bez zbędnych udziwnień jak miało to miejsce w poprzedniej części, gdzie zamiast klarownych opcji, mieliśmy podróże po przyczepie kempingowej. Tutaj wszystko nawiązuje do pierwszych gier serii. Wszystko jest zrobione czytelnie, na ekranie panuje porządek i ład.

Wracając do naszej kariery, jedna impreza rajdowa składa się z około 5-6 zawodów, które często zawierają po dwa wyścigi. Może to wydawać się nieco skomplikowane, ale w praktyce sprawdza się dobrze, a co najważniejsze zapewnia długą i ciekawą rozgrywkę. Obiecanki o powrocie do korzeni nie były przesadzone. Podczas właściwej kariery jeździmy w zawodach typu: Rally (klasyczny rajd z punktu A do punktu B), Trailblazer (bardzo szybki rajd z punktu A do punktu B, po prostszej drodze, pokonywany znacznie szybszym samochodem) oraz Drift. Do minimum zmniejszono liczbę zawodów na torach, w których kibicuje nam publiczność. Wszystko zostało bardzo dobrze ulokowane na swoim miejscu, z lekką przewagą rajdów jeśli chodzi o ilość event’ów.

Dodatkiem do całej rozgrywki jest tryb Gymkhana, a więc wyczynianie cudów-niewidów na otwartym placu. Mi osobiście ten sposób obcowania z grą nie przypadł do gustu, może to dlatego, że jestem graczem europejskim, a może dlatego, że triki słabo mi wychodziły. Jednak jeśli ktoś lubi jazdę na luzie, drift, skoki i zaliczanie kolejnych wyzwań, to ta nowość jest jak najbardziej dla niego. Gymkhana stanowi odskocznię od czterech podstawowych sezonów i pełni rolę sezonu piątego, który jednak, jak utrzymują autorzy, ma być tylko dodatkiem do głównych atrakcji.

Bardzo rzuciła mi się w oczy kwestia poziomu trudności. Identycznie jak w F1 2010 możemy wybrać jeden z dostępnych już poziomów (Casual, Intermediate, Advanced), ale możemy też pogrzebać i zrobić sobie własny (Custom), dla przykładu wyłączając wszystkie wspomagacze przy zachowaniu maksymalnej liczby Flashback’ów do wykorzystania. Jednak nie sam sposób ich ustawiania, a to jak się to sprawdza w praniu wzbudza moje wątpliwości. Jeździłem w wyścigach, gdzie spokojnie byłem pierwszy na poziomie zaawansowanym, aby za chwilę mieć duże trudności z wygraniem następnego wyścigu na poziomie normalnym. Mało tego, jeżdżąc na jednym, niezmiennym poziomie trudności często jesteśmy zdani nie na umiejętności wirtualnych przeciwników, a na losowy kaprys komputera… Mianowicie ustawiamy sobie na początku kariery poziom normalny i sztywno się go trzymamy. Przychodzi przykładowy wyścig w Finlandii i raz osiągając czas 1:31:00 zajmujemy miejsce pierwsze z przewagą czterech sekund, by za chwilę przejechać ten sam wyścig z czasem 1:27:00 i zakończyć go… na drugim miejscu. Według mnie kwestia poziomów trudności została słabo zbalansowana i przyznam, że jest to pierwszy taki przypadek, jeśli chodzi od gry Codemasters, z jakimi miałem styczność.

Model jazdy, tak jak już wspominałem balansuje pomiędzy symulacją, a zręcznościówką przechylając się nieznacznie w stronę tej drugiej. Samochody zachowują się w miarę realistycznie, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestię nawierzchni, po jakiej dane jest nam jechać. Przyczepność na asfalcie, szutrze, mokrym szutrze i śniegu to zupełnie inne bajki. Każda trasa wymaga innego podejścia i innego zachowania kierowcy, bo to, że grze bliżej do arkadówki nie znaczy, że jest ona łatwa. Nasze auto przy wyłączonych wspomagaczach zaczyna „tańczyć”, nawet po jednym, złym ruchu kierownicą. Z całą pewnością nie mogę nazwać DIRT 3 grą symulacyjną, ponieważ odniosłem wrażenie, że samochody tej samej klasy w prowadzeniu praktycznie się nie różnią. Nie odczułem znaczących różnic w jeździe przykładowym Fiatem Punto, a Peugotem 206. Inna sprawa, jeśli porównamy swoiste klasy pojazdów. Nawet laik bez problemu odczuje różnicę prowadząc typowy samochód rajdowy, a szybki, ale mało przyczepny pojazd przeznaczony do Trailblazera. Będziemy mieć też do czynienia z samochodami typu Buggy, a także z półciężarówkami. Liczne rodzaje i spora ilość samochodów sprawiają, że nie sposób się grą znudzić, bo choć różnice w prowadzeniu podobnych wagowo autek są niezauważalne, to nasze maszyny wyglądają naprawdę pięknie.

Oprawa graficzna DIRT 3 stoi na naprawdę wysokim poziomie. Jeden z bardziej udanych silników pod gry wyścigowe – EGO umiejętnie maskuje ślady starzenia się. O ile migawki przed zawodami wyglądają średnio, o tyle podczas właściwej gry na ekranie rozpościera się przepiękny widok. Samochody zrobione są świetnie, co prawda to nie to, co Gran Turismo 5 (w kwestii samochodów, bo oprawa ogólnie tą z GT5 przebija), ale naprawdę nie ma się do czego przyczepić, zwłaszcza jeśli spojrzymy na to, że podczas wyścigów się brudzą, kurzą, osiadają na nich kropelki deszczu, a w ich karoserii odbija się mijane otoczenie. Trasy również nie mają się czego wstydzić. Tekstury są ostre jak brzytwa, modele drzewek i domków są takie jak być powinny, a dodatkowo spotykają nas jeszcze takie smaczki jak ludzie przebiegający drogę widząc nasz pojazd. W kwestii dźwięku również jest wzorowo. Muzyka, która gra tylko i wyłącznie podczas wybierania wyścigu i eksplorowania menu nie dokucza, a w czasie jazdy jesteśmy raczeni DOSKONAŁYMI dźwiękami silników.

Rozgrywka wieloosobowa została wzbogacona wyczekiwanym przez fanów Split screenem, a jeśli chodzi o tryby sieciowe, to dodano wiele wariacji jak np. Capture the Flag, gdzie aby odebrać komuś flagę musimy lekko uderzyć jego samochód. Jest też tryb, w którym unikamy kontaktu z „zainfekowanymi” samochodami (ich kolor lakieru zmienia się na jasnozielony). Oczywiście mamy dostępne również klasyczne wieloosobowe wyścigi, ale to w gatunku gier wyścigowych jest już każdemu dobrze znane.

Gra w przeciwieństwie do ostatniego produktu Codemasters (F1 2010), nie doczekała się polonizacji w żadnej formie. Do pudełka z grą dodano kartkę z kodem tzw. VIP PASS, jest to zabezpieczenie przed wtórnym obiegiem gier. Kod ten uprawnia nas do gry w sieci oraz używania pięciu bonusowych aut. Ktoś, kto kupi grę używaną, może taką przepustkę zakupić za pomocą PSN lub Xbox Live. Ciekawostką jest możliwość wysłania 30-sekundowego klipu z własnego przejazdu na internetowy serwis YouTube.

DIRT 3 ku mojemu zdziwieniu rzeczywiście stara się ożywić legendę starych „Colinów”, gra jest nastawiona na odbiorcę zarówno europejskiego (rajdy w single), jak i amerykańskiego (Gymkhana, wariacje multi). Tak naprawdę każdy gracz dostał to, czego oczekiwał. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie, w dodatku w piękniej oprawie audiowizualnej. Oczywiście gra nie jest wolna od wad, ale nie przysłaniają one zalet i z pewnością nie zniechęcają do posiadania jej w swojej kolekcji. Moim zdaniem DIRT 3 jest grą lepszą od swojego bezpośredniego konkurenta – NFS Shift 2 i mimo tego, że mają trochę inne założenia, to produkcja Codies jest według mnie bardziej grywalna, bardziej obszerna i przynosząca więcej frajdy. Oczywiście są to moje subiektywne odczucia, bo tak jak pisałem wcześniej seria NFS Shift coraz śmielej zmierza ku symulacji. Gra starcza na sporo czasu, jest to ładne paręnaście godzin trybu kariery, a jeśli do tego dołączymy Gymkhanę i różniste tryby multiplayera, to wyjdzie nam około dwudziestu godzin jazdy. Zdecydowanie polecam, jedna z najlepszych ścigałek obecnej generacji, według mnie w tym roku najlepsza.

Nasza ocena: 8.5/10