Zanim w ogóle wziąłem się za DLC „Z Popiołów”, chciałem zobaczyć oryginalną historię, przez co tekst ten nie pokazywał się tak długo. Przeszedłem więc główną linię fabularną i zostawiłem sobie dwa wcześniejsze dodatki (Tajemnice Gór Iglicowych oraz Łamacze Niebios) na później. Cóż, to był błąd, ponieważ From The Ashes na dzień dobry zarzuca spoilerem do jednego z nich, w ramach podsumowania i przypomnienia dotychczasowej historii.
Z drugiej jednak strony dzięki temu tekst ten powstał teraz, a nie na przykład w przeciągu dwóch czy trzech kolejnych tygodni. Jeśli więc jeszcze nie przeszliście poprzednich dodatków, to sugeruję zrobić to, zanim w ogóle pomyślicie o wcieleniu się w So’leka i walce z klanem Mangkwan. No dobrze, ale czy warto dawać szansę temu dodatkowi, który kosztuje niemal 100 złotych? Mam nadzieję, że po przeczytaniu niniejszego tekstu, będziecie w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie.
Poznaj swego wroga
Czyli podsumowanie najważniejszych informacji dotyczących najnowszego dodatku do gry o niebieskich mieszkańcach Pandory. Ile kosztuje, kto odpowiada za produkcję, na jakie platformy jest dostępny i inne tego typu sprawy. Nie przedłużając więc tej sekcji, zapraszam do zapoznania się z najbardziej istotnymi danymi.
- Tytuł: Avatar: Frontiers of Pandora – From the Ashes
- Data wydania: 19.12.2025
- Producent: Massive Entertainment, Ubisoft Montpellier, Ubisoft Shanghai, Ubisoft Toronto, Ubisoft Düsseldorf, Ubisoft Reflections
- Wydawca: Ubisoft
- Dostępne na: PC, Xbox, PlayStation
- Cena: 99,90 zł (PC), 114 zł (PS Store), 114,99 zł (Xbox Store)
Platforma testowa
Słów kilka na temat tego, na jakim sprzęcie była ogrywana produkcja. Jeśli śledzicie moje teksty, to zapewne domyślacie się już, że przygodę tę ogrywałem w wersji na PC i to na jej podstawie wydaję swoją opinię. Czy jest pozytywna, czy też niekoniecznie, tego już dowiecie się z dalszej części niniejszego tekstu.
- Procesor: Intel Core i7-11700F
- Karta graficzna: Gigabyte GeForce RTX 4070
- RAM: 4×16 GB Kingston Fury Renegade RGB 3600 MT/s
- Dysk 1: XPG Gammix S11 Pro (512 GB)
- Dysk 2: Seagate FireCuda Gaming HDD (2 TB)
- Monitor: Evnia 27M2N3800A
- Klawiatura: Dark Project Fuji 2
- Mysz: Turtle Beach Kone XP Air
- Kontroler: Razer Wolverine V3 Pro
Powrót na Pandorę w trzeciej osobie… ale tak nie do końca.
Premiera trzeciej części filmowego Avatara, tym razem zbiegła się z premierą DLC do gry Ubisoftu osadzonej w tym samym świecie. Twórcy informują graczy, że tym razem jest to przygoda powstała z myślą o trybie trzecioosobowym, który zresztą został również dodany do gry wraz z grudniową aktualizacją. Wiele osób wówczas zdecydowało się dać Frontiers of Pandora szansę, w tym mój redakcyjny kolega Michał, który nawet podzielił się swoimi wrażeniami w osobnym tekście.
Wspomniał tam o nienaturalnie zachowujących się ramionach postaci podczas wolniejszego chodu oraz wymuszonym przejściu do trybu FPP podczas pływania. Michale, pozwól, że Cię uspokoję, to się absolutnie nie zmienia w DLC, które ponoć zostało przygotowane z myślą o nowej perspektywie. Mało tego, do powyższego dodam jeszcze wymuszony widok FPP podczas próby uspokojenia zwierząt oraz gotowania posiłków.
Trochę słabo pomyślana jest ta kwestia przymusowego patrzenia z oczu bohatera w niektórych momentach, aczkolwiek po pewnym czasie można się do tego przyzwyczaić. Dobrze, ponarzekałem sobie na początku, to przejdźmy do kwestii związanej z wprowadzeniem w świat i dodatek. W końcu każdy dodatek musi coś zawierać, żeby ludzie mieli ochotę dokonać zakupu takowego, za swoje ciężko zarobione pieniądze.
Akcja dzieje się na rok po wydarzeniach z podstawowej wersji gry i dwóch DLC, co jest o tyle istotne, że podsumowanie zasadza nam tak wredne spoilery, że aż mnie fizycznie zabolały. Przydałoby się jakieś ostrzeżenie, że jeżeli nie graliśmy w poprzednie dodatki, to lektor może nam popsuć zabawę z ich odkrywania na własną rękę. Za brak takowego bardzo duży minus, bo nie każdy miał okazję kupić wszystkie dodatki przed premierą tego.
Wracając jednak do kwestii istotnych, tym razem wcielamy się nie w Sarentu (który po ponad 2 latach doczekał się imienia), a w So’leka. Nasz markotny wojownik wreszcie dokonuje zemsty na ludziach, którzy wybili mu klan podczas bitwy znanej z filmowej sagi, ale na jego drodze staje nowe zagrożenie, w postaci klanu Mangkwan. Co ciekawe, Na’vi, którym graliśmy w podstawce , może zostać zaimportowany do tej przygody.
Nie jest jednak statycznym aktorem (vel aktorką), ale pozostaje istotną dla fabuły personą, żeby nie powiedzieć, że główną przyczyną działań So’leka. Nie wdając się w szczegóły, w pewnym momencie poznajemy głównego antagonistę, majora Bukowskiego, który współpracuje z klanem popielnych i porywa naszego Sarentu. Następnie organizuje polowanie na pozostałych towarzyszy oraz ogólną rozwałkę lasu Kinglor, wypalając obszary oraz prowadząc różnego rodzaju operacje.
Twórcy ewidentnie wzorowali się na postaci admirała Thrawna, próbując pokazać Bukowskiego jako inteligentnego i bezlitosnego przeciwnika, który jednak docenia kulturę innej rasy i wykorzystuje ją do lepszego jej poznania. W praktyce jednak wyszło słabo, Bukowski ma dosłownie kilka scen przez cały dodatek, z czego kilka kompletnie od czapy, a walka z nim… nie istnieje. Zostaje bowiem przeniesiony przez samego Quaritcha do Centrali, więc jest szansa, że zobaczymy go w kolejnym filmie.
To sprawia, że w rolę antagonistów, albo raczej worków do bicia, wcielają się zarówno podwładni Bukowskiego, odpowiedzialni za poszczególne operacje w tym obszarze Pandory, jak i przedstawiciele klanu Mangkwan. Co jakiś czas się na nich natkniemy, a oni sami są swego rodzaju mini bossami, których należy pokonać, aby coś odblokować. Raz jest to broń, innym razem karta do bezpiecznego schowka w którejś z ludzkich baz.
Miotacz płomieni do podpalenia świecy
Walka z wrogimi Na’vi jest zasadniczo na żenującym poziomie, bo każdy ma praktycznie takie samo portfolio ruchów. Na dystans strzelają, a jak się za bardzo zbliżysz, to zdzielą cię nożem, zabierając dużą część twojego zdrowia, albo i nawet całe. Są do tego gąbkami na pociski, więc walka z nimi po pewnym czasie staje się po prostu nużąca.
Wyjątek stanowią tutaj istotni przedstawiciele klanu, albowiem z nimi potyczki są faktycznie zróżnicowane – od wymiany pocisków w przestworzach, aż po podkradanie się do pozycji strzelca wyborowego. Gorzej, że takie walki są dosłownie trzy, a przeciwników Mangkwan ponad 15, więc sami możecie sobie wyobrazić, jak niesamowicie interesująca jest reszta tych starć. Duża część tych walk kończy się jednak zdobyciem nowej broni przez So’leka, więc nie są one całkowitą stratą czasu.
Pozostałe kończą się natomiast zdobyciem rzadkich materiałów, potrzebnych do ulepszania broni oraz pancerza, albowiem zniknął system craftingu znany z podstawki. Tym razem nie wytwarzamy sprzętu od nowa, tylko wyższej jakości, a faktycznie ulepszamy istniejący – każdy z nich można ulepszyć do trzech razy. Różne stroje gwarantują różne premie, natomiast zdobycie zestawu, czyli wszystkich elementów z danej kolekcji, daje dodatkowy bonus.
Jaki? To już zależy od danej kolekcji, a tych jest kilka, choć sam korzystałem podczas swojego przejścia z podstawowej, czyli „Kolekcjonera Nieśmiertelników”. Kompletnie bezsensowną zmianą względem podstawki jest natomiast system gotowania oraz energii. W DLC „Z Popiołów” So’lek nie ma animacji przygotowania posiłków – po wyborze składników i ich zatwierdzeniu, żarcie automatycznie trafia do naszej torby.
To jest jednak do przełknięcia, w przeciwieństwie do drugiej zmiany, którą jest… brak systemu energii. So’lek nie musi jeść, nie musi pić, jedyny owoc, z którego czasem musi skorzystać, to uzupełniający brakujące paski zdrowia Dapofet. Za to kolejny ogromny minus, albowiem ta mechanika w podstawce była nad wyraz interesująca oraz stała się dla mnie integralną częścią tej produkcji.
Jedzenie niby wciąż gwarantuje jakieś bonusy, ale są one tak znikome, że nie widziałem sensu nawet w przerzucaniu koła broni na menu żywności, co w FOP robiłem regularnie. Karmienie ikrana również zniknęło, a jedyne, do czego może się przydać surowe mięso, to gotowanie… które jak już zdążyłem zauważyć, jest bezsensowne. Tym samym cała aktywność związana z polowaniem straciła na jakimkolwiek znaczeniu.
Na całe szczęście są błędy, a AI jest tępe!
Ach i to jakie, jeden z nich sprawił, że nie mam ukończonych wszystkich zadań, pomimo uziemienia wszystkich operacji ZPZ, przejścia fabuły i zdobycia wszystkich posterunków. Wedle dziennika zadań nie pokonałem wszystkich najeźdźców z klanu Mangkwan, co jest prawdą… ponieważ jeden z nich stał się nieśmiertelny. Strzały, granaty, broń palna, ataki wręcz – ten Na’vi jest oazą spokoju, która stoi i nic sobie z moich prób wysłania go do krainy Przodków nie robi.
Żeby było jeszcze śmieszniej, to karta, którą ponoć miał przy sobie i która jest wymagana do otwarcia bezpiecznej skrytki w jednym z fortów była na moim wyposażeniu. Także fort zdobyłem, sprzęt sobie przygarnąłem, ale popielnego Na’vi jak nie ubiłem, tak nie ubiłem. Tym samym nie dostałem trofeum, co dla mnie jakimś dużym problemem nie jest, ale dla osób ceniących ten typ nagrody za grę, będzie ogromnym bólem.
Nad wyraz śmieszne było też podczas kilku misji z towarzyszem (lub towarzyszką) obserwowanie zachowania NPC. Choć tsahik klanu Aranahe była na widoku i żołnierze ZPZ patrzyli centralnie na nią, nikt sobie nic nie robił z jej obecności, póki sam byłem w ukryciu. Jednocześnie wraz z wyjściem z ukrycia i wejścia do obozu w stylu Rambo, Etuwa nagle przestała być niewidoczna, ale okazało się, że jest nieśmiertelna. Niesamowici są ci mieszkańcy Pandory!
Inny żołnierz ZPZ, na dużo późniejszym etapie gry, obrał sobie z kolei na cel mojego sojusznika, który robił za snajperskie wsparcie. Cóż jako strzelec wyborowy był bezużyteczny, ale przynajmniej dobra była z niego tarcza, bo nie dało się go zlikwidować. Jestem prawie pewien, że powinien być niewidoczny dla AI przeciwników, ale hej, co ja tam wiem o grach.
Żołnierze też jakoś przesadnie inteligentni nie są – kiedy zobaczą, że ich towarzysz oberwał, faktycznie podnoszą alarm i nawet potrafią iść w stronę, z której padł strzał. Jednocześnie podczas otwartej walki bardzo rzadko chowają się za osłoną albo wręcz lecą bezpośrednio w stronę naszej prującej z karabinu postaci. Tyle w kwestii narzekania i wyśmiewania, przejdźmy do pozytywów.
Las Kinglor, nawet zniszczony, wciąż jest piękny i ma swój urok, choć zdecydowanie jest to specyficzny typ urody. Lokalizacje i rozplanowanie baz zdają się mieć sens, a ich przejmowanie, albo raczej niszczenie, wciąż sprawia sporo frajdy, choć po pewnym czasie zaczyna nudzić. Rdzeń rozgrywki pozostaje więc bez zmian, choć jest serwowany w nowszej, nieco apokaliptycznej odsłonie.
Podsumowanie
Czy warto zagrać w najnowsze DLC do Avatar: Frontiers of Pandora? Jeżeli podobała wam się podstawka, przeszliście poprzednie DLC oraz bardzo chcecie zakończyć wątek, o którym w podstawowej wersji gry twórcy zdali się zapomnieć – warto. Jeśli jednak nie spodobała wam się rozgrywka w podstawce, to we From the Ashes nie znajdziecie niczego nowego.
To wciąż ten sam symulator dokokszonego bohatera, który w pojedynkę niweczy plany całej ludzkiej armii, ponieważ tak przewiduje scenariusz. To gorszy brat Far Cry, dziejący się na Pandorze, któremu zachciało się eksperymentować z widokiem trzecioosobowym, systemem walk z bossami oraz epickimi antagonistami. Wszędzie jest z grubsza poprawnie, nigdzie nie ma tragedii, ale też nie mówimy o jakkolwiek wybitnej produkcji – do przejścia raz z klapkami na oczach i zapomnienia na wieki nadaje się idealnie!
Za udostępnienie kodu do recenzji dodatku dziękujemy firmie Ubisoft








Komentarze
Dodaj nowy komentarz: